2009-03-28 22:51:17
By nie padały bomby, czyli Kolejna nauczka z czasów kryzysu
Co zdarzyło się czeskiemu koledze – ku przestrodze tłumaczy, mówców i organizatorów konferencji
Pisze Amalaine Diabová, Prezes JTP – Stowarzyszenia Tłumaczy Republiki
Czeskiej
Przez kilka dni w mediach czeskich i zagranicznych
głośno było o tłumaczeniach i tłumaczach. Powodem było zdarzenie związane z
wystąpieniem Premiera (dziś już byłego) Topolánka w Parlamencie Europejskim,
kiedy tłumacz czesko-angielski przetłumaczył „bondy” jako „bomby”, a groźba
konfliktu transatlantyckiego była tuż-tuż. Błąd to był katastrofalny. Gdyby
kolega darował sobie te nieszczęsne „bomby” i tłumaczył dalej, mogłoby powstać
wrażenie, że się po prostu pomylił lub, że słuchacze czegoś nie dosłyszeli.
Niestety, najwyraźniej przerażony tym, co wydawało mu się, że słyszy, wpadł w
pułapkę stresu i zaczął do „bomb” dodawać synonimy. Tu był jego największy
błąd. Wierzę, że jeszcze dziś budzi się w środku nocy zlany potem, gdy tylko
sobie o tym przypomni.
Tym niemniej w tym przypadku skumulowało się kilka
nieszczęśliwych okoliczności – stres spowodowany prestiżową sytuacją,
bezpośrednią transmisją przez media elektroniczne, czytanym tekstem, z którym
tłumacz nie zdążył się zapoznać itd. Niektórym można było zapobiec. Dlatego niżej
po raz kolejny przytaczam kilka elementarnych zasad - mówcom ku pamięci.
Mówimy bez
obcojęzycznych wtrętów
Jednym z
problemów było użycie przez Premiera słowa „bondy”, które w języku czeskim (także polskim) nie istnieje. Obligacje
zrozumie i przetłumaczy każdy. Trudno też je przekręcić lub pomylić z czymś
innym. Angliści mogliby się ewentualnie zorientować, że „bondy” w czeskim
tekście to angielska wersja „obligacji”, ale już romanistom czy germanistom
słowo „bondy” nie kojarzy się z niczym.
Mówimy zrozumiale
Często
zdarza mi się słyszeć od klientów: „Nic nie szkodzi, że Pani mnie nie rozumie,
proszę tłumaczyć to, co mówię.” Ale rzecz w tym, że to często niemożliwe. Nie
tłumaczymy bowiem słów, a tłumaczymy myśli. A słowa bez myśli nie mają sensu.
Słowa się zacierają, nakładają, są wymyślane i zapominane. Rzecz w tym, by
przekazywać myśli. Dlatego właśnie tłumacz musi najpierw zrozumieć myśl, nim
zacznie ubierać ją w słowa.
Teksty
przemówień dajemy z wyprzedzeniem
Jeżeli mówca
korzysta z niestandardowego zasobu słów i stosuje skomplikowane konstrukcje,
tłumacz powinien mieć możliwość zapoznania się z nimi. Gdyby tekst, o którym
mowa, był do dyspozycji chociażby pół godziny wcześniej, a tłumacz przeczytał w
nim słowo „bondy” w wersji pisanej, nie byłoby najmniejszej wątpliwości, co do
tego, że nie ma tu mowy o materiałach wybuchowych.
Tłumaczom
tekst jest potrzebny wcześniej nie dlatego, że są leniwi
Pewnego razu
tłumacze mieli pracować dla organizacji charytatywnej za darmo. Chodziło o
bardzo fachową konferencję o różnych rodzajach niepełnosprawności. Kiedy
organizatora poproszono o dostarczenie tekstów wystąpień z wyprzedzeniem, dobry
ten człowiek pomyślał i rzekł: „Rzeczywiście, skoro robicie to dla nas za
darmo, to chyba powinniśmy tak zrobić…“. I tu nie ma zgody. Tłumaczom tekst
jest potrzebny wcześniej nie po to, by „ułatwić sobie pracę”. Wręcz odwrotnie,
oznacza to dla nich dodatkową pracę, skoro tekst czytają (często kilkakrotnie)
z ołówkiem w ręku i słownikiem pod ręką i wynotowują słówka. Tekst dostarczony
z wyprzedzeniem potrzebny im jest właśnie po to, by nie pomyliły się „bondy” i
„bomby”, a to przede wszystkim leży w interesie klienta.
Czytamy
jeszcze wolniej
Tekst
pisany, jeżeli nie jest zapisem luźnej wypowiedzi, jest zawsze bardziej
zagęszczony, wycyzelowany i szybszy niż słowo mówione. A ponieważ tłumacz, w
przeciwieństwie do mówcy, prawie nigdy nie ma przed sobą napisanego tekstu
tłumaczenia, musi zastanawiać się nad tym, co słyszy, analizować kontekst,
szukać słów, a wszystko to wymaga czasu. Dlatego albo mówca musi czytać swój
tekst bardzo powoli (tak wolno, że jemu samemu wydaje się to nienaturalne),
albo tłumacz musi część treści pominąć. Skoro to Państwu nie przeszkadza,
wówczas nie ma problemu.
Dla wielu wszystko to, co napisałam, może się wydać
banałem. Codziennie bowiem powtarzamy klientom, że teksty należy przekazywać
wcześniej. Niestety, często daremnie. Być może to zdarzenie będzie nie tylko
ozdobą podręczników translatoryki, ale także uświadomi naszym klientom, że
jeżeli nie chcą, by „padały bomby“, muszą z tłumaczem współpracować.
Tłumaczenie: Urszula Dzierżawska
Gwoli
wyjaśnienia cytujemy za dziennikiem Lidové nowiny, wydanie z 28.03.2009:
Premier Mirek Topolánek w Parlamencie Europejskim
krytycznie wypowiadał się o antykryzysowych działaniach rządu USA. Powiedział:
„Ta droga jest niebezpieczna dlatego, że na finansowanie ożywienia
gospodarczego Amerykanie będą potrzebowali pieniędzy. Ich pozyskanie nie będzie
trudne, ponieważ na amerykańskie bondy zawsze znajdą się amatorzy, to jednak
zagrozi płynności światowego rynku finansowego. Sprzedaż innych bondów, może
europejskich, a z całą pewnością polskich, czeskich, a może także innych
państw, będzie zagrożona i w systemie zabraknie pieniędzy" – tak dosłownie
powiedział Topolánek.
Tymczasem tłumacz drugie zdanie cytatu przetłumaczył następująco:
„..., ponieważ na amerykańskie bondy, bomby, broń zawsze znajdą się
amatorzy..."
Wychwyciły to media, a czescy dziennikarze i dyplomaci musieli
wyjaśniać zadziwionym zagranicznym kolegom, że w przemówieniu Topolánka słowo
„broń” nie pojawiło się ani razu.
Tymczasem feralne zdanie zaczęło żyć własnym życiem. Za pierwszym
tłumaczem przejęli je następni w kolejnych wersjach językowych. Urzędnicy
Parlamentu umieścili więc poprawne brzmienie na wielkim ekranie, znajdującym
się w Centrum prasowym.
Z powrotem...